Wickenburg

Saturday, Feb 24th

Wickenburg


Pięćdziesiąt parę mil na północny zachód od Phenix jest miasteczko, w którym (gdyby nie auta i asfalt na ulicach) możnaby przysiąc, że czas zatrzymał się 100 lat temu. Chociaż Wickenburg jest na wskroś nowoczesne, atmosfera pogranicza cywilizacji i Dzikiego Zachodu z przełomu XIX i XX wieku jest tu nie tylko wyczuwalna na każdym kroku, ale jest jego wszechobecną rzeczywistością. Wickenburg, pomimo nowoczesności, jest wciąż miejscem, w którym cowboys, konie, ostrogi i strzelby to zwykła codzienność (Zobacz mapę).


Główna ulica Zdjęcie: ed-37


Podobno to właśnie w Wickenburg'u wymyślono dude-rach, których jest tu kilkanaście, i dzięki którym miasteczko było stolicą tej szczególnej wersji agroturystyki przez ponad 50 lat. Pierwsze rancho dla turystów z wielkich miast - istniejące do dziś The Bar FX Ranch - otwarto tu w 1923 roku. W latach dwudziestych i trzydziestych wyjazd do Arizony był nie lada przygodą i miejscowi rancherzy bardzo szybko zrozumieli, że mieszczuchom z Północy trzeba pokazać prawdziwy dawny Zachód. Gościnne racha oferowały więc (i nadal oferują) prawdziwe kowbojskie życie przez dwa albo trzy tygodnie wakacji: noclegi z siodłem pod gołym niebem, woda ze strumienia na poranną kawę, posiłki z prawdziwego "chuck-wagon" i gotowane na ognisku, krowy, konne wyprawy po okolicy, i tak dalej. Wszystko to jest nadal oferowane w Wickenburg'u i wciąż tak samo popularne jak 80 lat temu.

Sława Wickenburga przeminęła dawno temu, z kilkudziesięciu dude-ranches dziś działa już tylko kilka, ale miasteczko wciąż zachowało swój dawny czar. Podobnych osad powstawało pod koniec XIX wieku setki na całym Południu. Wielu z nich nie ma już na mapach, albo stały się metropoliami i całkiem zatraciły swój pierwotny charakter. Niektóre zdołały się na nowo wykreować jako coś nowego, jak Bisbee, które z typowego miasteczka górniczego stało się domem literatów, malarzy i artystów, albo jak Tombstone, które od zagłady uratowała nieważna strzelanina, jakich w Arizonie zdarzało się wtedy dziesiątki. Wickenburg miał szczęście, ponieważ był nie tylko miasteczkiem górniczym, ale założono go nad spławną rzeką Hassayampa na żyznych terenach pozwalających na uprawę roli i hodowlę bydła. Do miasta przeciągnięto też kolej i zbudowano stację z zapleczem. Wickenburg miał więc aż trzy polisy ubezpieczeniowe. Przetrwał po wyczerpaniu się złóż złota, ponieważ zaraz na samym początku oprócz górników i marzycieli, osiedlili się tu na stałe farmerzy i hodowcy, skąd wzięły się dude-ranches, do których dzięki stacyjce w centrum i kolei, łatwo dojeżdżali turyści z Północy, co uratowało miasto w czasie kryzysu.

Wickenburg to najbardziej autentyczna podróż do czasów ostatecznego podboju Południa. Miasteczko pieczołowicie chroni wszystkie pamiątki związane z ludźmi i wydarzeniami tamtych lat, kiedy o sukcesie w każdej dziedzinie decydowała ciężka praca, determinacja i wytrwałość, a sprawiedliwość zapewniał Winchester i Colt 45' Magnum. Wystarczy zresztą spacer po kilku ulicach w centrum żeby, przymknąwszy na chwilę oczy, usłyszeć gwar przechodniów, zobaczyć dyliżans z pocztą z Phoenix i szeryfa w bujanym fotelu na werandzie swojego biura. Tych kilka prawie zupełnie niezmienionych uliczek w centrum Wickenburga to jak stary, pożółkły dagerotyp przedstawiający fragment świata, którego już dawno nie ma. Ten mały fragment przetrwał jednak jakimś cudem wszystkie zawieruchy i przeciwności losu i istnieje do dziś, jako rzeczywisty obraz i autentyczne świadectwo przeszłości, a nie jak stara fotografia w jakimś lokalnym muzeum. Jedyne czego nie ma w Wickenburg, to powtarzanych co pół godziny strzelanin ze ślepych nabojów, nieustraszonych szeryfów, napadów na bank i bandytów uciekających przed prawem. Wickenburg jest na to za poważny i za prawdziwy, a mieszkańcy mówią turystom: "Strzelaniny są w Old Tucson Studios i w Tombstone".


R  E  K  L  A  M  A

Web Analytics