Gold Coast map1 map2 map5

Thursday, Jun 20th

Gold Coast


Mówią, że Gold Coast to najbogatsza dzielnica na świecie. Jest tu słynna Astor Street, przy której wielkie pałace i "mansions" ma podobno najwięcej milionerów (i miliarderów) na świecie. Dzielnicę ograniczają Delaware Place i North Boulevard, oraz jezioro i LaSalle Street.


Domy Przy Astor Street Zdjęcie: Adam Jones


Właściwie Gold Coast kończy się przy Lake Shore Drive, dalej na wschód są już tylko plaże i słynny Skwer Solidarności, nazwany tak na cześć naszej polskiej bezkrwawej rewolucji. Stamtąd rzucano jajkami i workami z farbą w okna i ściany Konsulatu, wtedy jeszcze Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, podczas jednego z licznych protestów chicagiowskiej Polonii przeciwko stanowi wojennemu w 81 roku. Swoją drogą, polski konsulat stoi w jednym z najbardziej prestiżowych miejsc w Chicago, ma chyba najdroższy plac i budynek ze wszystkich konsulatów z całego świata. Co prawda nikt nie protestował nigdy przeciwko miejscu, w którym stoi polskie przedstawicielstwo, a przeciw komunizmowi, lecz może komuś przeszła przez głowę taka myśl, zwłaszcza w czasach, kiedy w Polsce w sklepach sprzedawali ocet i co dwie godziny wyłączali prąd. W każdym razie, w tej dzielnicy mieszka prawdziwy kwiat Chicago. Wspomniana wcześniej Astor Street i superkomfortowe budynki apartamentowe wzdłuż Lake Shore Drive nie są dla każdego. To czy tu kiedyś zamieszkasz, zależy wyłącznie od zawartości twojej kieszeni. Ale też, oczywiście dzięki mieszkańcom, dzielnica ta jest wyjątkowo kolorowa.


Gold Coast z 95 piętra John Hancock Center Zdjęcie: Bert Kaufmann


Gold Coast - wąski pas w północnej części downtown, oddzielony od jeziora plażami i bulwarem Lake Shore Drive - narodził się oficjalnie w 1882 roku, kiedy chicagowski przedsiębiorca Potter Palmer zasypał gruzem, kamieniami i ziemią niewielkie żabie bajoro nieopodal Lake Shore Drive i za ćwierć miliona dolarów wzniósł na nim istny pałac, który miał "przebrać wszystkie pałace świata" (w 1950 roku ten pałac nad pałace zwany wtedy "zamczyskiem Pottera" został zrównany z ziemią przez buldożery, a na jego miejscu wyrósł wielopiętrowy budynek apartamentowy). Kolejne wspaniałe posiadłości zaczęły się pojawiać wkrótce potem. Na wybrzeżu "okazałe siedziby milionerów tworzą nieprzerwaną linię imponujących budynków" - pisał w 1905 roku przejeżdżający tędy podróżnik. "Różnią się między sobą bardzo stylem i wielkością... wszystkie jednak są próbą stworzenia czegoś innego, unikalnego i wywierającego jak najmocniejsze wrażenie". Pomiędzy budowlami wywierającymi najmocniejsze wrażenie, znajdowała się wtedy wybudowana w 1885 roku na wielkim kawałku ziemi siedziba arcybiskupa Chicago. Kilka lat później Archidiecezja sprzedała część swoich działek i wokół siedziby arcybiskupa powstała cała seria nowych budynków, z których większość stoi do dziś. Pojawiły się też okazałe siedziby arystokratów, na codzień używających swoich arystokratycznych tytułów, choć przecież Ameryka to kraj bez baronów, książąt i hrabiów (niektórzy "wtajemniczeni" twierdzą, że to nieprawda). Do dziś Dearborn Parkway i Astor to ulice, które zachowały szczególny charakter, efekt mieszania się typowo amerykańskich nowości z europejską tradycją, zwłaszcza arystokratyczną.

Pomiędzy rokiem 1895 a 1930 przybyło najwięcej budynków, w tym wiele szczególnie pięknych projektów dzieła największych architektów. W czasie Depresji i po II wojnie światowej dzielnica zaczęła podupadać. Budowano coraz mniej, nie odbudowywano starych domów, z których większość znajduje się dziś na liście największych zabytków narodowych, burzono perły architektury. Dopiero lata 60-te i 70-te przyniosły ożywienie. Zaczęto wznosić całe kolonie i osiedla nowych domów, choć nie zbliżają się one nawet pięknem do swych wspaniałych poprzedników. Dzisiejsze konstrukcje pozbawione są najczęściej smaku na rzecz funkcjonalności i prostoty. Co jednak jest najbardziej szkodliwe - a co naturalnie dotyczy calego amerykańskiego budownictwa - to pogoń za obniżeniem kosztów, a co za tym idzie, stosowanie tanich materiałów i technologii. Dziś budowane domy, nawet te w drogich dzielnicach, to przeważnie coś pomiędzy żartem, a dekoracją teatralną. Prawie papierowe ściany, stropy ze sklejki, folia aluminiowa zamiast solidnych tynków - wszystko to sprawia czasem okazałe i dostatnie wrażenie zaraz po ukończeniu budynku, ale remonty przeprowadza się już po kilku latach. Dwudziestoletni dom to często ruina, w której nic już nie da się naprawić. Krzywych ścian z powykręcanych "tu-baj-forów" i łuszczących się ścian, drżących stropów powodujących pękanie "tynków"  nie jest już w stanie wyremontować żadna firma i jedynym lekarstwem jest tylko buldożer. Ale to dobry business dla firm budowlanych. Nie dotyczy to oczywiście pałaców dla bogatych, takich powyżej paru milionów dolarów

Na szczęście, większość wspaniałych budowli powstałych na przełomie wieków, budowano jeszcze inaczej. Solidne, grube ściany z cegły i kamienia, marmur, granit, szlachetne, trwałe drewno wewnątrz, posadzki z kamienia. Spacer po uliczkach Gold Coast to prawdziwa przyjemność, zwłaszcza po południu, kiedy można jeszcze w świetle dnia obejrzeć fasady budynków, ale też w większości okien palą się już światła i widać cedrowe kominki i ściany wykładane drewnem różanym, a przez cięte szkło w wejściowych drzwiach widać alabastrowe poręcze wspinających się w górę schodów.

Rush Street

Rush Street, której część - mniej ciekawa - znajduje się w obszarze Magnificent Mile, to całkiem osobna historia. Podobnie jak Astor ze swymi milionerami, tak Rush ma podobno więcej barów, tawern, pubów i klubów muzycznych w stosunku do obszaru niż jakiekolwiek inne miasto w Ameryce. Jest całkowicie inna niż trochę sztywny, arystokratycznie elegancki północny Gold Coast bez przechodniów, gdzie zza starannie wypielęgnowanch krzewów przesłaniających okna wiktoriańskich salonów wychyla niekiedy absolutnie perfekt ufryzowana głowa damy, zawsze w wieczorowej sukni, ze sznurem pereł na szyi.


Ogródek przy pubie na Rush Street Zdjęcie: Adam Jones


Rush Street to właściwie całkiem inny świat, łączący światową elegancję hotelu Ambassador East z ulicznym gwarem i niekonwencjalną urodą nocnych barów. Od początku lat dwudziestych Rush Street była domem drugorzędnych kin, pornograficznych księgarń (których zresztą nadal jest tam pod dostatkiem) i tanich barów z "występami". Od lat sześćdziesiątych, Rush Street przeżywa jednak prawdziwy boom. Dziś terminem tym określana jest zresztą nie tylko sama ulica o tej nazwie, ale cała okolica, aż do Michigan Ave., łącznie z Division i State Streets. W piątki cała ta okolica jest tak przepełniona, że policja zamyka część Division Street, umożliwiając pieszym przeciskanie się po ulicy. Rush wygląda wtedy prawie jak Rue Burbon w Nowym Orleanie, tyle że bez drinków i piwa pod gołym niebem, co w Chicago jest nielegalne.
Większość barów przy Rush Street i na skrzyżowaniu z Division jest otwartych siedem dni w  tygodniu, od 4 po południu, ale nic się nie dzieje aż do dziewiątej. W weekendy "action" zaczyna się nawet później, między 10 a 11 i kończy o 5-6 rano. Wśród rozrywek znajdziesz wiele muzycznych scen i barów, kina i teatry, w tym całą gamę świetnych małych scenek oferujących bardziej wyrafinowany program.
Rush Street jest też słynna z największej bodaj ilości prostytutek, które zwłaszcza w piątki, zaczepiają nawet ludzi na ulicach. Oczywiście, zawiera się tam też całkiem normalne znajomości.


Web Analytics