Czy Elvis żyje? map1 map2 map5

Monday, Jul 15th

Frontpage Slideshow | Copyright © 2006-2011 JoomlaWorks Ltd.
Home | Artykuły | Czy Elvis żyje?

Czy Elvis żyje?


Szesnasty sierpnia 1977 r. był wyjątkowo gorącym dniem. Wczesnym popołudniem jedna ze stacji radiowych w Memphis, Tennessee, podała szokującą wiadomość: "Ladies and gentlemen, at the age of 42 the King of Rock'n'Roll, Elvis Presley, has died today in Memphis". Anonser podał kamiennym głosem, że "King" zmarł na niespodziewany atak serca. Wszystkie stacje w całym kraju powtórzyły wiadomość. Kanały telewizyjne i programy radiowe przerwały nadawanie normalnych programów i audycji. Prezydent Jimmy Carter powiedział: „Jego śmierć jest jak utrata kawałka Ameryki. Był jedyny i niezastąpiony”. John Lennon: "Bez Elvisa Presleya nie byłoby Beatlesów”, Frank Sinatra przerwał swój koncert i powiedział do widowni: "Straciliśmy dziś przyjaciela”.


Wszystkie gazety świata podały szokującą informację o śmierci Elvis's Presley'a


Wkrótce pojawiły się pierwsze doniesienia o pielgrzymkach do „mekki” rock and rolla - Memphis i o rekordowej ilości sprzedawanych płyt Króla. Normalni, racjonalni ludzie zaczęli pakować pośpiesznie kanapki i termosy i wraz z rodzinami wyruszać w drogę do Memphis. Wszystkie rozgłośnie telewizyjne montowały naprędce programy o życiu i karierze Elvisa, magazyny i gazety poświęciły całe wydania tylko jemu i jego tajemniczej i niespodziewanej śmierci. Świat zwariował. Tysiące fanów pokazywanych w telewizji ocierało załzawione oczy, dziesiątki koncertów i występów poświęcono twórczości i dorobkowi Króla. Elvis był nie tylko ewenementem w świecie muzyki, okazał się także fenomenem socjologicznym i psychologicznym. Jego śmierć i reakcja na nią tysięcy ludzi unaocznia wszystkim coś, czego nie znał przedtem ani świat rozrywki, ani filmu i polityki. Czy jednak Elvis Presley rzeczywiście umarł? Czy wiadomość podana przez wszystkie bez wyjątku stacje radiowe i telewizyjne świata była prawdziwa? Czy Elvis faktycznie odszedł na zawsze tamtego upalnego, sierpniowego popołudnia?

Pod koniec 1977 roku znana dziennikarka Gail Brewer-Giorgio ukończyła podstawową wersję swej nowej powieści pod tytułem „Orion”. W czerwcu 1978 r. książka - wykończona i uzupełniona - została opatrzona prawami aurorskimi i dopuszczona do rozpowszechniania. Współczesna powieść Brewer-Giorgio oparta została na mitologicznym motywie Oriona, antycznego muzyka i śpiewaka, który po zwycięstwie w konkursie w Delfach został w tajemniczych okolicznościach porwany i zamordowany przez marynarzy okrętu, na którym wracał z festiwalu. W cudowny sposób ocalony jednak przez delfiny, umieszczony został wreszcie, z łaski Hery i Zeusa, na nieboskłonie jako jedna z jasnych konstelacji.

Powieść Giorgio obok motywów mitologicznych zawiera także elementy mesjanistyczne, skonstruowane jako świadome operowanie symbolami chrześcijaństwa, z osobą Jezusa jako wyczuwalnym „wzorcem” tytułowego Oriona. Trzonem powieści jest fikcyjna postać współczesnego piosenkarza, który podobnie jak mityczny Orion staje się niewolnikiem swojego sukcesu, wzorem do naśladowania, jak Chrystus, ukochanym przez miliony fanów symbolem. Będąc pod wrażeniem opublikowanych właśnie kontrowersyjnych spekulacji na temat sfałszowania śmierci Chrystusa na krzyżu, Giorgio podejmuje ten temat, czyniąc go osią książki. Orion, zmęczony i zniszczony przez popularność i uwielbienie milionów, decyduje się na szalony pozomie krok: przy współudziale przyjaciół i rodziny, a także władz, organizuje swoją własną „śmierć”, przez co uwalnia się od dotychczasowego, nieznośnego życia. Odpoczywa w odosobnieniu na małej wysepce na Pacyfiku ciesząc się wreszcie rodziną i spokojem.
Niebawem zaczyna jednak tęsknić do dawnego życia, do kamer i jupiterów, do muzyki, wrzasku publiczności, koncertów, studia nagrań i sławy. Ale fałszywa śmierć nie pozwala na odwrót, zresztą Orion nie może już i nie chce żyć znowu tak jak dawniej. Poznaje jednak młodego, początkującego piosenkarza, który zaczyna karierę jako naśladowca wielkiego Oriona, dla którego on sam, w ukryciu pisze teraz i komponuje nowe utwory i przeboje. Istnieje nadal, jako artysta. Smierć, w tym wypadku fałszywa, okazała się jednak warunkiem odrodzenia i istnienia. Jak mitologiczny Feniks, sam Orion, który dzięki śmierci zosatał wyniesiony na nieboskłon i błyszczy jako wspaniała konstelacja, fikcyjny Orion, niewolnik sławy i popularności, niezdolny do normalnego życia i tworzenia, przy końcu swej artystycznej kariery staje się znów twórcą, odradza się artystycznie i duchowo.

Maszynopis książki został rozesłany do kilkunastu wydawnictw w całych Stanach, skąd wkrótce nadeszły bardzo dobre recenzje. Co uderza, większość z nich wskazywała na doskonałe uchwycenie charakteru i sposobu bycia, manier i przyzwyczajeń... Elvisa Presleya! Niektórzy wydawcy, np. Mae Boren Axen, długoletnia bliska przyjaciółka Elvisa wskazywali na doskonałe opisy sytuacji w domu Presleyów i potem życia w Gracelandzie w Memphis. Był to pierwszy szok, jaki przeżyła autorka "Oriona". Jej zamiarem nie było napisanie książki o Presleyu! Nie będąc jego wielbicielką, Brewer-Giorgio nie tylko nie znała szczegółów z życia Króla, ale wcale się nim nie interesowała.


Trzecie wydanie książki "Is Elvis Alive?" (1984 r.) - dziennikarskiego śledztwa Gail Brewer Giorgio, razem z taśmą zawierającą nagrania rozmów telefonicznych z Presley'em.


Powieść “Orion”, po jednorazowym wydaniu, za sprawą dziwnych machinacji na szczytach świata showbiznesu, zniknęła z półek. Przez jakiś czas nie można było znaleźć pojedynczej kopii książki nawet w publicznych bibliotekach. Promowana początkowo nawet na scenariusz do filmu, została później faktycznie skazana na banicję. Szczegóły z życia Oriona, pasujące tak dokładnie do życia Elvisa, były dla kogoś do tego stopnia niewygodne, że książka dosłownie przestała istnieć. Największe wydawnictwa prześcigające się dotąd w ofertach, nagle wycofały propozycje druku. Orion musiał zniknąć. Gail Brewer-Giorgio uznano za niezwykle precyzyjnie poinformowaną autorkę książki o Presleyu zakamuflowanym pod imieniem Orion. Osobista porażka Brewer-Giorgio doprowadziła ją do obsesyjnego pragnienia wyjaśnienia okoliczności i prawdziwych przyczyn uznania książki za niewygodną. Losy “Oriona”, powieści ocenionej bardzo wysoko przez krytyków, stały się początkiem długoletnich badań, uwieńczonych wydaniem przez Gail Brewer-Georgio jeszcze jednej książki, tym razem szczegółowego sledztwa dziennikarskiego pod trytułem "Is Elvis Alive?", w którym autorka zebrała dziesiątki szczegółów i wątków sugerujących, że śmierć Elvisa Presley'a mogła rzeczywiście zostać sfingowana. Wieloletnie badania doprowadziły ją do wniosku, że nie tylko szczegóły z życia Presleya zawarte w jej całkowicie fikcyjnej powieści są prawdziwe, ale także szczegóły dotyczące jego śmierci opisała prawidłowo. Elvis Presley nie umarł. Tak jak Orion, upozorował swoją śmierć zmęczony życiem muzycznego mesjasza, niewolnika uwielbiających go tłumów, życiem człowieka, który przez wiele lat nie mógł sobie pozwolić na obejrzenie meczu footballowego na stadionie, jak tysiące innych ludzi. Człowieka, który przez lata nie mógł się pokazać w supermarkecie, pójść na plażę czy normalnie przejść się po ulicach miasta. Tego wreszcie, który opuszczając swój dom, musiał używać kolumny kilku identycznych limuzyn, tak aby zmylić pogoń wiecznie koczujących wokół Gracelandu setek rozhisteryzowanych fanów.  Orion  nie jest oczywiście dowodem, że Presley żyje, powieść Brewer-Giorgio wywołała jednak co najmniej dziwną, nerwową reakcję ze strony tych, którzy o sfingowaniu śmierci Króla mogli byli coś wiedzieć i właśnie to naprowadziło Giorgio na ślad fałszerstwa i spowodowało, że szukając wyjaśnienia dla niepojętych losów swojej całkowicie fikcyjnej powieści, wpadła na trop fałszerstwa przeprowadzonego niemal w najdrobniejszych szczegółach tak samo, jak uczynił to jej tytułowy Orion.

Z początkiem 1979 r. Giorgio podpisała w końcu kontrakt z wydawcą tanich książek miękkookładkowych i prawie natychmiast po opublikowaniu powieści na scenach pojawił się piosenkarz używający pseudonimu Orion.


Okładka pierwszego wydania płyty Oriona "Reborn"


Jego pierwsza płyta została wydana przez firmę SUN RECORDS w Memphis, która była pierwszą firmą płytową Presleya. Postacie z powieści Giorgio znalazły się na afiszach reklamowych Oriona i na odwrocie okładki jego pierwszej płyty. Piosenkarz użył nazwy DixieLand jako swojego adresu (z książki) i powieściowego nazwiska Mac Weiman jako swojego agenta reklamowego. Niebawem okazało się też, że jedna z fikcyjnych postaci Giorgio została podana jako współautor kilku piosenek Oriona (Lonesome Angel i Washing Machine). Niebawem też, zanim książka Gail uzyskała rozgłos, firma Sun Records (pierwszy album Oriona „Reborn” - Odrodzony), zaczęła posługiwać się postaciami z książki na wielką skalę. Z zaangażowanej powieści psychologicznej, "Orion" stał się wkrótce groteskową komedią, z której nieautoryzowany użytek robił zarówno tajemniczy piosenkarz jak i Sun Records.


Drugie wydanie płyty "Reborn"


Cała sprawa wyglądała jak dobrze zaplanowana akcja firmy płytowej, robiącej przy współudziale znanej dziennikarki, ciężkie pieniądze na pogłoskach o sfałszowaniu przez Presleya swojej własnej śmierci. Wyglądało to jak genialna akcja reklamowa piosenkarza, śpiewającego głosem prawie identycznym, jak głos Elvisa. Nieautoryzowane wykorzystanie powieściowych postaci w reklamie tego typu nadało pracy Giorgio komicznego wymiaru. Z powieści, jak do dziś utrzymuje autorka, czy nawet kronikarskiego zapisu życia i "śmierci" Presleya jak uważali inni, została ona zredukowana do sprytnej kampanii reklamowej. Jest to wersja obowiązująca do dziś i podawana również przez Wikipedię.

Jednocześnie, co wydawało się oczywiste, Orion-piosenkarz był niewątpliwie sponsorowany przez kogoś niezwykle wpływowego od samego początku, nie tylko przez Sun Records. Jego płyty i albumy ukazywały się regularnie w olbrzymich nakładach i były sprzedawane tak szybko jak wcześniej płyty Presley'a. Akcja reklamowa na wielką skalę musiała jednak kosztować miliony dolarów, co świadczy o zainwestowaniu w niego olbrzymich sum. Wydaje się nieprawdopodobne aby początkujący piosenkarz, nawet z autentycznym, wielkim talentem, jak w przypadku Oriona, mógł wzbudzić tak wielkie zainteresowanie firmy-giganta na płytowym rynku, firmy zdolnej do promocji i reklamy, do zorganizowania dziesiątków koncertów w tak krótkim czasie.


Okładkap łyty Oriona "Remember Me"


Orion występował w masce zakrywającej szczelnie jego twarz. Potęgowało to domysły i zapewniało jego koncertom stuprocentową frekwencję. Wyszło też wkrótce na jaw, że występuje dwóch Orionów. Bardzo podobnych pod względem budowy i obu zakrytych identycznymi maskami. Na skutek niedociągnięć organizacyjnych lub też celowej akcji mającej na celu wzniecenie dodatkowej fali domysłów, zdarzało się, że jeden z nich występował w Nowym Jorku, a drugi w Seattle - w tym samym czasie. Zdaniem specjalistów i wielbicieli talentu Elvisa Presleya, część piosenek Oriona z jego płyt jest bez wątpienia śpiewana przez samego Elvisa...

Orion ujawnił się w 1984 roku. Jego prawdziwe nawisko brzmiało Jimmy Ellis. Dysponował faktycznie głosem niezwykle podobnym do głosu Presleya, ale w wywiadach nie wyjaśnił nigdy kim był drugi Orion, ani kim był tajemniczy współtwórca jego płyt śpiewanych w duecie. Istnieją doniesienia fanów i świadków mówiące o przypadkach występowania obu na tym samym koncercie, zmieniających się co parę „kawałków”. Ellis ostatecznie zniknął ze sceny prawie całkowicie, przestał odpowiadać na telefony i udzielać wywiadów. Jeszcze pod konec lat siedemdziesiątych przez reporterów uznany został za odludka i bufona z racji skąpych i niedokładnych informacji, jakich udzielał podczas nielicznych wywiadów. Do Jimmy Ellis'a jeszcze wrócimy, ponieważ tajemniczych wątków związanych z piosenkarzem, wydaje się być więcej.


Jimmy Ellis


Pogrzeb Presleya odbył się w niecodziennych warunkach. Ojciec Elvisa Vernon, osobiście rozesłał setki kart i listów z prośbą o niebranie udziału w smutnej uroczystości, motywując to trudnościami z pomieszczeniem wszystkich ewentualnych gości. Trumna, w której spoczęło ciało artysty, ważyła 900 funtów - stanowczo za dużo, nawet jak na najbardziej wymyślną i ozdobną. Według tych, którzy na pogrzebie byli, postać leżąca w trumnie nie przypominała w ogóle Presleya. Mimo, że stanowczo zabroniono robienia zdjęc, komuś to się jednak udało. Jedno z nich ukazało się w National Enquirer. Istotnie, twarz człowieka w trumnie nie wygląda na twarz Elvisa. Wielu sądzi, że zawierała ona woskową figurę, są też głosy, że pochowano kogoś innego. Istnieją poszlaki, które mogą potwierdzać tą wersję, podobno istnieje nawet dowód niepodważalny: badania DNA próbek Elvisa pobranych podczas jego pobytu w szpitalu w Memphis i osoby w trumnie. Innym bardzo ważnym elementem całej sprawy jest niewłaściwie napisane drugie imię Elvisa na jego płycie nagrobnej w Gracelandzie.Pod koniec ciąży Gladys, matka Elvisa, była już prawie pewna, że urodzi bliźnięta i któregoś wieczoru wraz z Vernonem ustalili imiona nienarodzonych jeszcze synów.


Kawalkada białych limuzyn w drodze na cmentarz


Jeden otrzymał imię Elvis Aron a drugi Jessie Garon. Obydwa drugie imiona zapisane są błędnie. Nie wiadomo do dziś, czy stało się tak za sprawą przypadku, czy też oboje rodzice popełnili w pisowni błąd celowo. Jessie zmarł prawie natychmiast po urodzeniu, według innej wersji dziecko urodziło się już martwe. Imiona Elvis Aron miały pozostałemu przy życiu bliźniakowi zawsze już przypominać jego małego braciszka. Na wszystkich dokumentach przyszłego Króla rock and rolla widnieje imię Aron, przez jedno "A". Także jego akt zgonu podaje je w tej pisowni. Jednak napis na płycie nagrobnej wyryto z błędem: "Aaron", przez dwa „A”. Trudno jakoś wyobrazić sobie, żeby przesądny Vernon mógł dopuścić do takiej fatalnej pomyłki. Dobór imion bliźniąt, ich odniesienia da Biblii, są zbyt oczywiste i znaczyły zbyt wiele dla głęboko religijnej rodziny, aby Vernon pozwolił na błąd i nie próbował go naprawić. O wiele lepiej pomyłkę tłumaczy właśnie fakt dosłownego traktowania imion w rodzinie Presleyów, tak jak traktowano je w Biblii patriarchów. Imię z błędem, nie jest imieniem konkretnej osoby. Zlecenie wyrycia na płycie nagrobnej takiego imienia nie jest więc „kuszeniem losu”, nomen omen. Tezę tą może też potwierdzać fakt okrytego do dziś mgłą tajemnicy przeniesienia zwłok Elvisa i Gladys z rodzinnego mauzoleum w Memphis do Gracelandu. Dom wraz z zabudowaniami leżą na terenach rezydencyjnych, gdzie obowiązywał i nadal obowiązuje cakowity zakaz chowania zmarłych. Już po przeniesieniu zwłok rozpoczęto starania o otrzymanie zezwolenia. Zezwolenie takie zostało oczywiście wydane, pomimo, że zwłoki przeniesiono wcześniej nielegalnie.


Nagrobki w Graceland. Foto: QuesterMark


Sześć tygodni po pogrzebie, prasę obiegła wiadomość o zatrzymaniu trzech osób pod zarzutem próby profanacji grobu Presleya, co stało się bezpośrednią przyczyną decyzji Vernona o przeniesieniu zwłok. Za powód wtargnięcia na teren mauzoleum trzej zatrzymani podali chęć udowodnienia światu, że Elvis nie umarł i że mauzoleum i trumna są puste. Vernon wysunął oskarżenie o próbę wykradzenia zwłok, jednak z faktycznym przeniesieniem czekał aż pełny miesiąc. Zatrzymani zostali zwolnieni za drobną kaucją a sam Vernon odwołał zarzuty. Ale stało się to dopiero, kiedy „zwłoki” Króla znalazły się już na terenie Gracelandu, nakryte kilkutonową, granitową płytą. Kim byli sprawcy? Niewiele o nich wiadomo, podejrzane jest też wycofanie oskarżenia i łatwość z jaką udało się ten incydent wykorzystać do przeniesienia grobów, aby je "uchronić od dalszych profanacji". Oczywiście, sam ten fakt nie dowodzi, że Presley sfałszował swoją śmierć, daje jednak sporo do myślenia, tym bardziej, że Presley za życia zarobił kilkaset razy mniej, niż przyniosły jego płyty i filmy po śmierci. Na dodatek, miliony uzyskiwane do dziś ze sprzedaży memorabiliów i płyt, są na bieżąco zużywane przez trust Presley'a.

Dodatkową wskazówką może być jeszcze jeden, dziwny fakt, wymagający jednak szerszego przedstawienia. Po śmierci matki, Gladys, Elvis przez dłuższy czas nie mógł przyjść do siebie. Jego związek z nią był tak silny, że nigdy nie rozstał się z jej zdjęciami, pamiątkami po niej, itd. Jego wielokrotnie wyrażanym życzeniem było być kiedyś pochowanym u jej boku. Po śmierci Elvisa, ciało Gladys przeniesiono z cmentarza Forest Lawn Midtown do rodzinnej, marmurowej krypty w Forest Hill. Oba ciała przeniesiono później jeszcze raz po zatrzymaniu trójki fanów. Złożono je w krypcie w Gracelandzie. Kilka lat później zmarł ojciec Elvisa, Vernon.  Zadziwiające jest to, że zwłoki Vernona nie zostały złożone na lewo od Elvisa, tak aby jego ciało spoczywało pomiędzy rodzicami, lecz pomiędzy Elvisem a Gladys. Czyniąc tak, postąpiono po pierwsze wbrew woli Elvisa utrudniając sobie zadanie, a po drugie wzniecono kolejną falę spekulacji. Na dodatek, istnieje kopia rachunku z domu pogrzebowego wyliczającego ekshumację i transport tylko jednych zwłok. Jeśli tak, to Elvis nie leży w Gracelandzie, nie ma tam też ani Vernona ani Gladys. Rachunek wystawiono więc najprawdopodobniej za przeniesienie Gladys z Forest Lawn do krypty w Forest Hill, gdzie później pochowano Vernona.

Ważnym szczegółem w całej sprawie jest fakt niezwykle poważnego traktowania przez Elvisa okultyzmu, parapsychologii i numerologii. Liczni znajomi i świadkowie potwierdzają jego wielkie zainteresowanie tymi tematami. Elvis praktycznie nigdy nie rozstawał się z podręcznikiem numerologii CHEIRO’S BOOK OF NUMBERS, z pomocą którego planował daty koncertów, wielu ważnych wydarzeń i spotkań, a nawet sprawdzał daty urodzeń znajomych i nowo poznanych osób. Elvis niezwykle poważnie, wręcz obsesyjnie traktował wskazówki książki i naukę o numerach. Jeśli zaplanował sfałszowanie swej śmierci, niewątpliwie nie zrobiłby tego bez pomocy Księgi Numerów. Według niej najlepszą liczbą gwarantującą najwyższe formy „wibracji” jest 24. Elvis stosujący wskazania numerologii w praktyce, znał też tzw. zasadę „trzech”, to znaczy, każdy wybrany numer powinien sprowadzać się do 24 przynajmniej parę razy. Okazuje się, że data 16 sierpnia 1977 jest doskonała pod względcm zastosowania zasad numerologii. Dodając 8 (sierpień), 16 i 1977 otrzymamy wynik 2001. To tytuł filmu Stanleya Kubricka, pod którego wrażeniem Elvis pozostawał przez wiele lat i na którego kanwie stworzył jeden ze swoich wielkich przebojów. Tematem filmu jest samotna odyseja kosmicznych podróżników w kontekście odwiecznych pytań: nieśmiertelności, życia, śmierci, czasu, przestrzeni. Podróż odbywa się w stacji o nazwie Orion... 16.8 - daje po dodaniu 24. Również 1977 po zsumowaniu poszczególnych cyfr daje wynik 24. Zgodnie z teorią numerologii.

Warto dodać, że książka Cheiro’s Book of Numbers Elvisa nie została nigdy odnaleziona. Na dziesiątkach czy setkach filmów i zdjęć , można zobaczyć opasły tom pod jego pachą. Nie rozstawał się z nim nawet udając się na koncert. Kładł ją na krześle lub stoliku bezpośrednio przed wyjściem na scenę. Jednak bardzo dokładny spis wszystkich rzeczy, zrobiony w domu Elvisa natychmiast po odkryciu ciała, nie wymienia Księgi Numerów, Biblii, kilkunastu innych pozycji, zdjęć Gladys i osobistej biżuterii. Wykluczono ponad wszelką wątpliwość możliwość kradzieży.

Podobnie intrygująca jest sprawa Aktu Zgonu. Istnieją zasadniczo dwie wersje: jedna określa wagę zwłok na 250 funtów, druga natomiast na 170. Wywołało to sporo kontrowersji jeszcze w 1977 roku. Kilku kolumnistów w poważnych periodykach zwróciło uwagę na nieścisłość, a Geraldo Rivera w programie ABC 20/20 nazwał całą sprawę „Cover-up”, tuszowanie, oszustwo. Ponadto jak podaje znany reporter prasowy z wieloletnim doświadczeniem policyjnym, James Bacon, "zezwolenie rodziny na przeprowadzenie autopsji okazało się niezbędne, choć normalną praktyką jest przeprowadzanie tego zabiegu automatycznie na znalezionych denatach. Poza tym certyfikat jako przyczynę zgonu podaje masywny zawał serca spowodowany przewlekłą chorobą mięśnia sercowego i arteriosklerozą. Podaje też, że Elvis grał w tenisa przez dwie godziny przed śmiercią. Trochę niezwykła aktywność jak na osobę o takim stanie serca".

Tyle stary lis reporterski, Bacon. Warto dodać, że istnieje cały szereg poważnych nieścisłości i wzajemnie wykluczających się opisów przebiegu wypadków podawanych przez różnych świadków. Ciało zostało rzekomo znalezione w łazience przez przyjaciółkę Elvisa, Ginger Alden o 2 po południu, podczas gdy policja i pogotowie ratunkowe zostały powiadomione ze znacznym opóźnieniem. Raport szpitala podaje, że śmierć nie nastąpiła z powodu schorzenia serca, a lekarze pogotowia zeznali, że ciało, które zastali w Gracelandzie nie wyglądało na ciało Presleya. Również Departament Policji podaje sprzeczne (i niezwykle skąpe) informacje. Według nich, próby przywrócenia zmarłego do życia nie przyniosły rezultatu i raport stwierdza, że Presley był nieprzytomny, podczas gdy raport medyczny wydany przez szpital podaje, że Elvis zmarł o 2 po południu, a w szpitalu jedynie stwierdzono zgon bez prób z masażem serca, elektrodami, adrenaliną, itd. Wyniki rzekomej autopsji są tajne (w myśl prawa Tennessee obejmuje je 50-letnia tajemnica jako zarządzonej przez rodzinę zmarłego), oficjalnie podano jednak, że zawartość żołądka została zniszczona przed opracowaniem raportu z sekcji. Do tej pory ustalono że:

  • nie przeprowadzono żadnego formalnego dochodzenia w sprawie śmierci Presleya. Jego ciało przewieziono ze szpitala do domu pogrzebowego zanim można było stwierdzić przyczynę zgonu.
  • nie istnieje raport patologa.
  • nie wpłynął żaden raport - jak wymaga prawo - do biura Prokuratury Powiatowej powiatu Shalby.
  • nie istnieje żadna dokumentacja dotycząca śmierci Presleya, za wyjątkiem dwóch - wydanych dużo później - Aktów Zgonu, obu podających nieprawdziwe dane.

Kilka książek o Presleyu sugeruje, że być może dr Nichopoulos, prywatny lekarz Presley'a, "pomógł” mu rozstać się ze światem przepisując mu lub przedawkowując narkotyki albo inne środki farmaceutyczne, podobnie jak w przypadku śmierci innego wielkiego Króla - Michael'a Jackson'a, któremu jego osobisty lekarz też podał podobno środek usypiający stosowany w narkozach. Po pierwsze, Elvis był farmaceutycznym samoukiem orientującym się doskonale w działaniu środków i leków, po drugie, jego rzekoma narkomania jest raczej na pewno zwykłą fikcją rozpowszechnianą dopiero po jego śmierci. Nie ma żadnych pewnych dowodów, że Elvis był uzależniony od jakichkolwiek środków czy narkotyków. Po trzecie wreszcie, dr Nichopoulos był zadłużony u Elvisa i jego rodziny na ponad ćwierć miliona dolarów, jego praktycznie jedynym dochodem była praca jako lekarz rodzinny w Graceland. Raczej bardziej prawdopodobna wydaje się teza, że lekarz pomógł w przygotowaniach, służąc praktyczną radą, jak też później, w tuszowaniu całej sprawy, usuwaniu dokumentów, itd. Wiadomo, że oryginalna wersja Aktu Zgonu „zaginęła”, dwa późniejsze dokumenty są tylko duplikatami wydanymi w celu pobrania przez rodzinę ubezpieczenia na życie Elvisa. Jednym z najważniejszych szczegółów, jeśli w ogóle nie najważniejszym, jest jednak fakt, że jedyna polisa ubezpieczeniowa na życie jaką posiadał Elvis (Lloyds of London) nie została nigdy zrealizowana i jest nadal w mocy. Przepisy wewnętrzne Lloyds of London wymagają od wszystkieh ubezpieczonych badania medycznego co rok, a realizacja polisy przez osobę żyjącą, lub w jej imieniu, jest ciężkim prezestępstwem.

Na kilka tygodni przed śmiercią Elvis wyznaczył pierwszy koncert nowej tury objazdowej na 16 sierpnia, jednakże aż do ostatniej chwili nie zamówiono nowych kostiumów (jak zazwyczaj czyniono), ani nie odświeżono starych. Elvis miał nadwagę, żaden z jego kolekcji nie mógł być użyty podczas tury. Mimo to nie zezwolono nawet na dokonanie poprawek starych strojów. Jednocześnie, około dwa tygodnie wcześniej, Elvis zwolnił kilku współpracowników niezbędnych w organizacji koncertów. Czyżby wiedział, że nie utrzymają języka za zębami? Firma RCA, związana z Preselyem kontraktami, rzuciła na rynek kilka tysięcy płyt z jego nagraniami w dzień po jego „śmierci”, a firmy, w których Elvis miał udziały, okazały się doskonale przygotowane na wypadek odejścia Króla, dysponując milionami nadrukowanych koszulek, pamiątek, itp. Sam Elvis podczas ostatnich koncertów dobierał bardzo starannie piosenki i teksty, dąjąc wręcz do zrozumienia, że śpiewa po raz ostatni. Na faktycznie ostatnim koncercie pożegnał się z publicznością mówiąc „Adios” - do widzenia, to już ostatni raz i zaśpiewał słynny hit Franka Sinatry "I Did It My Way". Świadkowie na pogrzebie zeznali zgodnie, że słynne baki Elvisa nie były prawdziwe, lecz przyklejone, jeden nawet lekko krzywo. Dało to początek domysłom na temat ewentualnej woskowej kukły wewnątrz metalowej trumny. Wiadomo jednocześnie, że kilka dni wcześniej zmarł bratanek Pułkownika Parkera, wieloletniego agenta Presleya i wiele wskazuje na to, że to właśnie jego zwłoki znalazły się w trumnie Elvisa. Tym bardziej, że Pułkownik nie został na miejscu, w Gracelandzie, aby wszystkiego doglądać, lecz po wydaniu zwięzłych zarządzeń, udał się pośpiesznie do Nowego Jurku gdzie ustalił zasady dalszej współpracy z kilkoma agencjami wydawniczymi i płytowymi. Równie zaskakujący wydaje się fakt zażądania autopsji przez rodzinę. Wiadomo, że z rodziny w Memphis zaraz po śmierci Elvisa był tylko jego ojciec, Vernon. Wydanie takiego żądania w myśl przepisów Tennesee czyniło wyniki autopsji tajne przez 50 lat. Skąd taka przenikliwość u niezbyt wykształconego Vernona? Zresztą Vernon nie wyglądał w ogóle na zmartwionego ani załamanego. Działał sprawnie, jakby zgodnie z instrukcjami.


Evis Presley w Oval Office podczas spotkania z prezydentem Nixonem (courtesy National Archives)


Wiadomo też, że Elvis został oficjalnie uznany za "patrona" Departamentu Policji w Memphis. Powszechnie uznaje się, że było to traktowane raczej honorowo, tytuł nadany znanej osobistości, coś jak tytuły lordowskie nadane przez Elżbietę II członkom zespołu The Beatles (zasługi Beatlesów były podobno o wiele większe - temat na oddzielne opracowanie). Istnieje szczegółowy raport z wizyty Presleya w Białym Domu i jego rozmów z Nixonem. Wynika z niego, że Elvis otrzymał fornalne podziękowanie za pomoc i współpracę w walce z handlem narkotykami od Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Takich podziękowań prezydenci nie wydają każdemu, nawet zasłużonemu agentowi, a co dopiero komuś z nic nieznaczącym tytułem honorowym. Presley nie był honorowym patronem policji ani "honorowym agentemm DEA". Presley był aktywnym agentem DEA (Drug Enforcement Agency) i współpracował z władzami w zwalczaniu handlu i przemytu narkotyków, udostępniąjąc swój zespół muzyczny dla innych agentów działających jako gitarzyści, akompaniatorzy lub obsługa techniczna. Ale nic więcej nie wiadomo o jego roli, co przecież jest w pełni zrozumiałe. Presley posługiwał się czasem fałszywym nazwiskiem John Burrows, na które wydano oryginalne dokumenty z kartą Social Security włącznie, czego nie da się po prostu "załatwić", albo dostać "honorowo". Kasjerka na lotnisku w Memphis pamięta wysokiego mężczyznę z bakami, sobowtóra Elvisa, dokonującego osobiście rezerwacji na lot do Buenos Aires. Jego nazwisko brzmiało John Burrows. Działo się to jednak na drugi dzień po śmierci Króla, kiedy do Memphis zdążyło już ściągnąć kilkaset tysięcy pogrążonych w żałobie fanów, wśród nich wiele setek przebranych za Elvisa, wielu jego sobowtórów i naśladowców. Mężczyzna o nazwisku John Burrows wyglądający jak Elvis Presley w dzień po jego śmierci nie mógł zwrócić niczyjej uwagi. Wszędobylscy reporterzy odkryli później ślady człowieka o takim nazwisku. Zarejestrowane samochody, farma w Michigan, bilety lotnicze. Gail Giorgio otrzymałla kilka telefonów od człowieka podajcego się za Oriona. Za każdym razem rozmowa dotyczyła Elvisa i szczegółów z jego życia. Podczas kilku późniejszych spotkań z Jimmy Ellis'em, próbowała wracać do poruszanych przez tajemniczy Głos tematów, lecz Orion nie wiedział o co chodzi.

Od tamtego czasu dziesiątki klubów i osób rozmawiało z kimś, kto podawał się za Oriona. Wiadomo, że było ich dwóch. Tajemnicze telefony otrzymywały też rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne, nie wiadomo, który Orion dzwoni. W 1984 r. Gail Brewer-Giorgio otrzymała kasetę z nagraniem szeregu rozmów telefonicznych, prowadzonych przez kogoś dysponującego głosem Elvisa Presleya. Taśma zawierała informacje na temat życia Elvisa po jego śmierci. Ostatnie informacje dotyczyły wydarzeń z roku 1984 (np. wzmianka o zamachu na przydenta Reagana). Taśmę poddano badaniom w kilku oddzielnych instytutach, w tym w placówce wojskowej. Wykluczono „składankę” z wielu nagrań, co jest dziś możliwe z zastosowaniem nowoczesnego sprzętu i było możliwe już w latach 80-tych. Operacja taka pozostawia jednak ślady, co prawda nie do wychwycenia uchem, ale możliwe do wykrycia za pomocą urządzeń analitycznych. Do porównań użyto jednego z telewizyjnych wywiadów Elvisa. Konkluzja kilku niezależnie pracujących specjalistów jest jednakowa: głos na taśmie należy do tej samej osoby, co głos ze znanego wywiadu.

Tysiące wielbicieli Elvisa Presleya wierzy, że żyje on w ukryciu, pod innym nazwiskiem. Co jakiś czas słyszy się doniesienia, że ktoś spotkał się z Królem oko w oko. Informacje te nie są jednak traktowane serio. Gdybym ja, czy ty, spotkał go jutro, może ktoś z najbliższych przyjaciół uwierzyłby nam. Czy jednak uwierzyliby inni? Czytelnicy gazet? Sceptycy? Przecież może być tylu podobnych facetów... Czy uwierzyłbyś komuś kto twierdzi, że rozmawiał z Elvisem osobiście zaledwie wczoraj? Tak działa ogólna sugestia. Może właśnie to sprawia, że ktoś, kto znika (każdego roku zmika w USA  bez śladu ponad 5 tysięcy osób, zmieniając nazwisko, wygląd i „osobowość”) może się czuć bezpieczny? Corocznie Federalny Program Ochrony Świadków (Federal Witness Protection Program) pomaga zmienić wszelkie dane personalne, wygląd itd. kilkuset świadków w sprawach federalnych, w procesach mafii i w przypadkach handlu narkotykami. Czy Elvis był zaangażowany w coś, co sprawiło, że musiał zniknąć? Z pomocą federalnego programu? Ludzie objęci tym programem są na ogół tak dobrze zakamuflowani, że na ich trop nie jest w stanie wpaść nawet mafia. W przypadku Presley'a całkowite zniknięcie nie byłoby aż tak łatwe, ale jednak możliwe.


Wywiad z Gail-Brewer-Giorgio i z Orionem , 1979 r.


Obok wymienionych faktów nie można zapominać o szeregu innych drobnych nieścisłościach i zdarzeniach. Czyjś zgon pociąga za sobą szereg konsekwencji - nieodwracalnych. Sfingowanie śmierci jest na ogół bardzo trudne bez popełnienia wielu różnych przestępstw i wykroczeń. Przeważnie oznacza realizację polis ubezpieczeniowych (przestępstwo w wypadku, gdy ubezpieczony żyje), przekazywanie spraw własności majątku spadkobiercom, rozdysponowanie kont bankowych, itd. W wypadku, gdy rzekomo zmarły żyje i wprowadza wszystkich w błąd świadomie, staje w obliczu poważnych przekroczeń prawa. Elvis praktycznie zlikwidował cały swój majątek w kilku tygodniach poprzedzających jego „śmierć”. Sprzedał większość swoich firm i przedsiębiorstw, przekazał prawa do nieruchomości innym osobom, rozliczył podatki itd. Na jego koncie oszczędnościowym w dniu śmierci znajdowało się tylko kilkaset dolarów, reszta została przeniesiona na konto czekowe, część pieniędzy przekazana nieznanym osobom. Ze względu na tajemnicę bankową nie da się ustalić, ile kont i gdzie otwarto w tym czasie na nazwisko John Burrows lub John Carpenter (inny pseudonim Króla). Pieniądze pobrano, polisy nigdy nie zrealizowano. Nikt nie popełnił morderstwa, oszustwa podatkowego, spadkowego itd. Elvis, jeśli swoją śmierć sfingował, nie popełnił żadnego przestępstwa.

Musimy w tym miejscu wrócić na chwilę do drugiej, najważniejszej postaci związanej z wydarzeniami po śmierci Presley'a, choćby tylko po to, żeby oddać hołd temu wielkiemu, tragicznemu talentowi, który nigdy nie mógł stać się sobą artystycznie, bo był zbyt podobny do Elvisa. Nawet po śmierci Króla, Orion nie mógł zaistnieć w pełni jako Jimmi Ellis, bo świat chciał go zakaceptować tylko jako naśladowcę, kontynuację wielkiego Elvisa.

Jimmy Ellis urodził się w małym miasteczku Pascaguola, Mississippi, 26 lutego 1945 roku jako Jimmy Hughes Bell. Był o 10 lat młodszy od Presley'a, ale w 1977 roku, w wieku 32 lat, przypominał Króla do złudzenia sylwetką i zachowaniem na scenie. Akt urodzenia Jimmi'ego podaje, że jego matka nazywała się Gladys Bell, a ojciec miał na imię Vernon, ale nic więcej o nim nie wiadomo, Gladys może nie wiedziała nawet jak się nazywał, była to może jakaś przygodna znajomość, ale zbieżność imion rodziców Jimmi'ego i Elvisa, jest zaskakująca. Dlatego niektórzy badacze nie wierzą w oficjalną wersję, za dużo w niej przypadków. A może pełne nazwisko ojca dziecka brzmiało... Vernon Presley? Spekulacjom nie ma końca w tej dziwnej historii, ale też faktycznie przypadków i zaskakujących zdarzeń jest w niej więcej niż kilka. Kiedy mały Jimmi miał dwa lata, Gladys zostawiła go w przytułku dla sierot w Montgomery, Alabama. Chłopca adoptowało wkrótce małżeństwo Ellis'ów z Orville, Alabama, dając mu nowe nazwisko i dom.

Prawie nic nie wiadomo o jego dzieciństwie i wczesnej młodości. Wiadomo tylko, że w wieku 17 lat wystąpił po raz pierwszy przed publicznością w Tygodniu Religijnym w średniej szkole w Orville, do której uczęszczał. Zaśpiewał "Peace in the Valley" i "Unchained Melody", dwa popularne hity Presley'a. Jimmi wygrał też później stanowy konkurs piosenkarski i tysiąc dolarów nagrody. Prawie nic nie wiadomo też o jego wczesnej karierze artystycznej poza tym, że w 1972 roku w studiu producenta Finlay'a Duncan'a na Florydzie, nagrał dwie popularne piosenki Presley'a: "That's Alright, Mama" i "Blue Moon of Kentucky". Podobno do nowego właściciela Sun Records w Memphis, Tennessee, Shelby Sengleton'a, zarekomendował go właśnie Finlay Duncan. Ellis pojawił się znowu dopiero w 1977 roku, już jako Orion i z największą pompą i reklamą, nikt jednak poza wtajemniczonymi nie wiedział, że Orion to Jimmy Ellis. Okładka jego pierwszej płyty w Sun Records ("Reborn") wyraźnie sugerowała "zmartwychwstanie" i przedstawiała stylizowaną postać kogoś, kto wyglądał jak Ellis, albo jak Elvis, unoszącącego się nad trumną ze zwłokami człowieka w masce. Kim był człowiek z mikrofonem i kim był człowiek w trumnie? Można łatwo zrozumieć dlaczego Sun Records nie ujawniło, że Orion to Ellis, płyty Króla sprzedawały się znów w milionowych nakładach i na tej samej fali "płynął" teraz Orion i jego płyty, ale projekt tej pierwszej okładki wydaje się dziś mocno prowokacyjny.

Orion osiągnął na krótko niezwykłą popularność. Nagrał jedenaście albumów, miał dziesiątki koncertów, nie tylko w Stanach. W Niemczech wystąpił nawet z zespołem KISS, a w USA występował w duetach i śpiewał z takimi sławami jak Loretta Lynn, Jerry Lee Lewis, Oak Ridge Boys, Tammy Wynette, Ricky Skaggs, Lee Greenwood i wielu innych. Nawet kiedy już się ujawnił, publicznie na scenie w 1984 roku ściągając maskę i przysięgając, że już nigdy więcej nie wystapi jako "Elvis Impersonator", jego sława przez jakiś czas nie osłabła. I nagle wszystko się skończyło. W latach 90-tych trudno było znaleźć jego płytę, chociaż wypuszczono ich kilkanaście milionów. Świat nagle zapomniał o Orionie i o Jimmi Ellis'ie. Przetrwało tylko kilkanaście amatorskich nagrań, które w ostatnich latach pojawiły się na YouTube ®. Są też piosenki z jego paru płyt. Pamięć o Ellis'ie jakby nagle trochę odżyła. Po zniknięciu ze sceny, Jimmi Ellis założył mały lombard i sklepik ze starociami w Selma, Alabama. W 1987 roku w Mobile, Alabama, szukając restauracji Jimmi zatrzymał się żeby spytać o drogę dwóch przechodniów. Został przez nich napadnięty i obrabowany z pieniędzy, a jeden z napastników strzelił do niego kilka razy z karabinu. Ellis cudem uniknął wtedy śmierci i jeszcze tego samego roku wystapił kilka razy na scenie. W sierpniu 1997 roku, znowu jako dawny Orion, wystąpił w programie  Sherry Carlisle w Nashville, ale nie była to już duża scena, jak dawniej.


Jeffrey James Lee


12 grudnia 1998 roku trzech osobników zaparkowało samochód przed lombardem Ellis'a. Jeden z nich, Jeffrey James Lee, wszedł do środka, wyciągnął spod płaszcza strzelbę i zaczął strzelać, bez wyraźnego powodu. 53-letni Jimmi, który zawsze nosił rewolwer, nie miał żadnych szans. Zaraz potem Lee strzelił prosto w twarz pracującej w sklepie jego byłej żonie, 44-letniej Elaine Thompson, zabijając ją na miejscu i oddał jeszcze kilka strzałów w kierunku leżącego w kałuży krwi Jimmi'ego. Inna pracownica, Helen King, została ciężko ranna, ale przeżyła. Ellis zmarł prawdowpodobnie w ciągu 10 minut od napadu. 21-letni Jeffery James Lee został schwytany w motelu 30 mil od Atlanty. Jego 19-letni brat Andre Darren Lee i 17-letni Jerry Dewayne Johnson zgłosili się na policję sami, ale wiadomo, że nie brali udziału w zbrodni. Całe zdarzenie zostało zarejestrowane przez kamery w sklepie. Jeffrey Lee został skazany na karę śmierci w kwietniu 2000 roku i czeka na wykonanie wyroku w więzieniu Holman w Alabamie. Witryna internetowa z informacjami o skazanych i przebywających na "death row" oraz o wykonanych wyrokach w USA, w pozycji " "Jefrey James Lee" podaje w skrócie, że więzień został skazany na karę śmierci za zamnorsdowanie dwóch osób: właściciela sklepu Jimmie Ellis'a i ekspedientki Elaine Thompson. Ani w tym raporcie ani w transkrypcie z procesu z odwołania przed sądem w Alabamie nie ma wzmianki o tym, że właściciel sklepu był jednym z najsłynniejszych piosenkarzy końca lat siedemdziesiątych. Niezwykła kariera Oriona i prawie całkowite wymazanie tej postaci ze zbiorowej świadomości fanów Króla, to jedna z wielu zadzieiających i nierozwiązanych zagadek świata wielkiego showbiznesu.


Web Analytics